Jak co roku 14 października obchodzimy Dzień Edukacji Narodowej, zwany potocznie Dniem Nauczyciela. Pomyślałam, że to dobra okazja, aby wypowiedzieć się na temat pedagogów, a przy okazji odwołać do własnych doświadczeń. W końcu sama nauczam, więc dorzucę swoje trzy grosze 😉
 
No właśnie, nauczyciel… Zawód budzący sporo kontrowersji, znajdujący się w czołówce najbardziej znienawidzonych zawodów w Polsce. Według joemonster.org nauczyciel plasuje się na haniebnym, pierwszym miejscu, przed urzędnikiem i policjantem. I choć to portal satyryczny, to myślę, że musimy się zgodzić co do tego, że nauczyciele zbyt dobrej opinii nie mają. To już nie te czasy, gdy zawód ten był wiązany z prestiżem społecznym, a nauczyciel był szanowanym przez większość społeczeństwa osobnikiem, mającym władzę nad podopiecznymi.
 
Pisząc ten wpis, lekko się uśmiecham, bo przede mną leży indeks z czasów studiów licencjackich, a na nim strona zatytułowana „ślubowanie”.  Jej fragment brzmi:

 

(…) świadoma/y praw i obowiązków obywatela Rzeczypospolitej Polskiej, ślubuję zdobywać wytrwale wiedzę i umiejętności przygotowując się do pracy dla dobra Ojczyzny w zaszczytnym zawodzie nauczyciela (…)’’.
 
I choć indeks pochodzi z 2006 roku – stary więc nie jest – to chyba już troszkę się w tym temacie zmieniło. Ale do rzeczy. Prawda jest taka, że odkąd sama pamiętam, nigdy nauczycielką być nie chciałam. Jako dziecko marzyłam, by zostać lekarzem pediatrą, sędzią lub adwokatem (do tej pory mam niezwykle silne poczucie sprawiedliwości, no ale w końcu jestem strzelcem ;)). Wynikało to chyba z tego, że widziałam, jak niewdzięczną pracę wykonują, w jaki sposób  traktują ich uczniowie, ale też jak oni sami z pogardą zwracają się do uczniów i prawdę mówiąc, nigdy nie spotkałam na drodze nauczyciela, który byłby dla mnie prawdziwą inspiracją. Miałam wrażenie, że znaczna część osób,  które mnie uczyły, została nauczycielami przez przypadek, z braku pomysłu na siebie, na pewno nie z powołania. Przez to miałam dosyć negatywny stosunek do osób zajmujących się nauczaniem.
 
Co prawda w mojej edukacji przewinęło się kilku fajnych pedagogów (głównie poloniści i nauczyciele języków obcych), ale i tak wiedziałam, że jedną z ostatnich rzeczy, którą chciałabym robić w życiu to być nauczycielem. To więc paradoks, bo po maturze wybrałam studia w Nauczycielskim Kolegium Języków Obcych na kierunku filologia angielska i siłą rzeczy od razu pomyślałam o sobie jako o jednej z tych okropnych nauczycielek, które znalazły się przed tablicą diabli wiedzą z jakiego powodu (czytaj WAKACJE), a ich głównym celem jest uprzykrzanie życia innym. Tak naprawdę nie chciałam robić specjalizacji nauczycielskiej i marzyła mi się po prostu filologia, ale ze względu na sytuację osobistą zdecydowałam się studiować niedaleko domu rodzinnego. Pomyślałam, że w sumie program studiów jest zbliżony do tego na innych filologiach, więc jakoś je przetrwam, a magisterkę zrobię już z zakresu tłumaczeń na uniwersytecie. Marzyła mi się specjalizacja w zakresie tłumaczeń z angielskiego biznesowego (serio?), ale nie pytajcie mnie skąd taki pomysł. Tak to już jest, że ładnie brzmiące nazwy potrafią nami zmanipulować, zresztą już w liceum wybrałam profil biznesowo ekonomiczny, który potem zmienił nazwę na językowo-ekonomiczny, a ja od pewnej osoby usłyszałam: „Co Ty za biznesy po tym będziesz robić?” Tak na marginesie to robię biznes z językami, więc nie ma się co śmiać zawczasu 😉
 
Wracając jednak do ślubowania… Jako osoba, która bardzo bierze do siebie to, co obiecuje, nie miałam odwagi tego podpisywać. Jak się okazało, duża część osób, która znalazła się na tych studiach, nie miała w planach uczyć, a zapisała się na nie, żeby podszlifować angielski i „zdobyć papier”. Mało kto brał sobie na poważnie to, co było tam napisane, no ale taka już moja natura, że to, co obiecuję, zrobić muszę i jest to dla mnie świętość, choć do świętości mi daleko. Ślubowanie jednak podpisałam i w trakcie studiów zastanawiałam się, co ja takiego najlepszego zrobiłam. Wiedziałam, że nie pozostanie nic innego, jak jakoś przebrnąć przez praktyki, a potem wybrać inną specjalizację. Oczywiście jak często bywa, życie płata nam figle i zamiast innego miasta Polski wylądowałam na studiach we Francji, studiując francuski, a potem kończąc tam studia magisterskie. I chociaż wcześniej przeprowadziłam wiele godzin praktyk w podstawówce, gimnazjum i liceum i zapierałam się, że nie chce kontynuować tej drogi, dyplom magistra mam z … edukacji. We Francji też odbyłam praktyki w szkołach i próbowałam stać się tam nauczycielem, ale chyba jakaś siła mnie od tego pogoniła i na szczęście nie przekroczyłam progu szkoły jako nauczyciel stażysta.
 
Cały czas szukałam swojej drogi i nie mogłam zrozumieć, co jest ze mną nie tak, bo przecież siłą mnie nikt na praktyki nie gonił. Gdybym rzeczywiście nie chciała uczyć, to już na starcie zrezygnowałabym z zapisu w Kolegium. W pewnym momencie zrozumiałam, że kocham uczyć, ale kompletnie nie nadaję się do nauczania w szkole publicznej. Teraz podziwiam osoby, które tam się odnajdują i szczerze im kibicuję (uważam też, że zawód nauczyciela powinien być jednym z najlepiej zarabiających, ale nauczycielami powinni zostawać ludzie z powołania), ale ja mam fatalne podejście do dzieci, o młodzieży nie wspominając. Uwielbiam za to pracować z dorosłymi i w tym czuję się najlepiej. Wszystko za sprawą certyfikatu TEFL, który całkowicie odmienił moje życie i spojrzenie na nauczanie. Potem był DAEFLE, a ja złapałam takiego bakcyla, że zapisałam się na studia podyplomowe z nauczania polskiego jako obcego.
 
Na chwilę obecną nie wyobrażam sobie wykonywania innego zawodu i nigdy nie chciałabym przestać uczyć. Kocham to, co robię i choć lekcje indywidualne wymagają ode mnie dużego zaangażowania, cieszę się, że mogę pomagać innym w osiągnięciu ich celów. Pamiętam, że największym komplementem, jaki usłyszałam to: ”Jesteś takim naturalnym, urodzonym nauczycielem. Widać, że robisz to, co kochasz”. Kiedyś bym to wyśmiała. Teraz jest to dla mnie powód do dumy. A jeżeli chodzi o mój cel? Być nauczycielem, jakiego nigdy nie miałam. Takim, którego sama chciałabym mieć.  I tego Wam z okazji Dnia Nauczyciela życzę.

 

2 odpowiedzi

  1. Aż się łezka w oku kręci, bo miałam takie samo podejście do dzieci i nauczania, a kolegium językowe wybrałam przez wzgląd na chęć rozwijania pasji, jaką jest język angielski 🙂

    Super, że się nie poddałaś i że wynalazłaś rewelacyjny sposób nauki phrasal verbs, które od gimnazjum były moją stopą achillesową 😉

    Dziękuję Ci również za inspirację do działania w strefie nauczania 🙂

    Pozdrawiam

    Ania

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *